Odwrotnie

Lepiej się pieprzę, niż gotuję – głosi zdjęciem koleżanka, o której mam wyrobioną osobiście opinię.

Opinię taką, że wolałbym, aby nauczyła się jednak robić rosół.

***

Kiedy ktoś oficjalnie zachwala swoje seksualne zdolności, zawsze mam wrażenie, że jest tylko jedna (oprócz samodzielnego przekonania się) dobra metoda na mówienie o tym: bycie poleconym lub opisanym przez innych.

Pamiętam, że moi koledzy robili to od zawsze i choć często w sposób skrajnie wulgarny, to nigdy nie miałem wrażenia, że obraźliwy. Kobiety – dziewczyny – mogły się w tych historiach „pruć”, „pieprzyć” czy „pierdolić”, ale jeśli w prowadzonym przez chłopaków przekazie robiły to „świetnie”, „zajebiście” i „najlepiej”, w naszych oczach stawały się wtedy nietykalnymi boginiami.

Traktowałem to jako najwyższy komplement, niedostępną dla innych formę uznania.

Mówiło się to zawsze z podziwem, niedowierzaniem, jakby ładne słowa nie były w stanie opisać intensywności i podejścia, o którym potrafiła się przekonać wąska grupa szczęśliwców. Ba, wszystkie te przekleństwa oznaczały dla nas co innego, a nawet, jeśli legendy puszczane były w obieg dla pokazania się przed nami, to ciągle z autentycznym podziwem. Nie: „byłem świetny”, a: „była świetna”. Obustronny komplement: dla niej wiadomo, za co. Dla siebie za bycie dopuszczonym, wytypowanym.

Przeklinanie było tu kluczowe. Przysiągłbym, że już jako nastolatek, kiedy sam jeszcze nie miałem doświadczeń, widziałem różnicę pomiędzy pierdoleniem się świetnie, a zwykłym uprawianiem seksu. Czułem, że to nie to samo, choć miało minąć wiele lat, zanim się przekonałem organoleptycznie.

Pierwsi byli oczywiście koledzy, którzy mieli powodzenie u starszych, dużo starszych. Jezu, jak ja im zazdrościłem… Gdybym mógł wtedy kupić pięć minut z dowolnej z ich legend, kredytu nie spłaciłbym do emerytury. Słuchając historii, miałem poczucie, że rzeczy, które przeżywam samemu, leżą w innych słownikach. Gorszych, zwyklejszych. Wiele w tym było racji, ale nie mogłem o tym jeszcze wiedzieć. Wiele było też wyobraźni, zmyśleń, bo co my znaliśmy: dwie dziewczyny na krzyż, trzy synonimy słowa „cipa”, życie uczuciowe pierwotniaków.

Zdarzało się też, że swoje kobiety docenialiśmy z wyraźną nutką tęsknoty, trochę z żalem – często już po tym, jak się skończyło. Jednorazowo czy przez wiele miesięcy – małe znaczenie: „najlepsza w łóżku” zawsze było oznaką wielkiego szacunku. Mogła być głupia, mogła być mądra, mogła nosić nos w chmurach albo mieć dość naszej dziecinności, oszukać albo zostać oszukana – ten jeden komplement zawsze przetrwał dłużej, niż inne.

Widziałem i – od kiedy mogłem to już sam w pełni wulgarnie uznać – komplementowałem tak nawet te, które zdążyłem wcześniej znienawidzić. Mam w życiu twarze, z którymi nie chciałbym zamienić pół słowa, ale spytany o swój top wspomnę z imienia bez sekundy zawahania, a potem utonę na chwilę we wspomnieniach. Z kimkolwiek bym aktualnie nie był.

Bo, w sumie, to taki bezpieczny komplement. Czym on grozi? Niczym. Respekt, szacunek, zbita piątka za wysoką jakość. Większość i tak nie ma szans sprawdzić, a i oceniana nie powinna się buntować.

Skonfrontowany, na pytanie:

„Podobno mówiłeś, że jestem świetna w łóżku”?

mógłbym tylko odpowiedzieć:

„Bo byłaś, a na myśl o Tobie mają się ślinić”.

Prawo czwórki (no, piątki) pokonane

Napisałem kiedyś o prawie czwórki (no, piątki): zabawnej przypadłości, która powoduje, że kiedy kilku znajomych zaczyna się rozliczać w restauracjach, podejrzanie często brakuje im do pełnej kwoty – mimo, że każdy utrzymuje, iż, oczywiście, „dał z napiwkiem”.

Tak mi się to przypomniało, bo znalazłem i praktykuję idealne rozwiązanie. Stała grupa znajomych, za każdym razem płaci kto inny. Całość, za wszystkich.

Trzy rzeczy, których to uczy:

  • koleżeństwo (nie zamówisz koledze czegoś, za co nie zapłaciłbyś sam)
  • odpowiedzialność (nie wymigasz się, gdy nadchodzi Twoja kolej)
  • hojność (zaczynasz odczuwać przyjemność w zapraszaniu bliskich sobie ludzi).

I tak oto, problem znika.

Twitter

Krótkie ogłoszenie: wróciłem na Twittera, bo widzę, że coś już się tam dzieje. Dajcie znać (najlepiej tam, w komunikacie do mnie), kogo teraz warto obserwować. Nie bójcie się zgłaszać sami siebie.

W przeciwieństwie do tej strony i Facebooka, tam będę pisał także nietrzeźwy. Mam nadzieję, że to Was zachęciło.

Zdrada

Koleżanka zadzwoniła do mnie i powiedziała, płacząc, że jej facet zdradził ją i wyjechał na święta z inną. Pojechałem do niej, wysłuchałem tego, co dobiegało z jej wraku i poprosiłem, żeby dzwoniła, jeśli będzie chciała jeszcze porozmawiać. Niewiele się da w takich sytuacjach zrobić poza byciem obok.

Dwa tygodnie później dostałem SMS-a:

Mam romans ze starszym trenerem, ma żonę i dzieci, jak oceniasz?

Odpisałem:

Chujowo

i zakończyłem rozmowy na ten temat.

Mam dość sprecyzowany stosunek do zdrady i mówię to jako człowiek, który w życiu był na obu jej końcach. Uważam, że ciężko znaleźć w życiu coś gorszego. Rak jest gorszy. Śmierć jest gorsza. Ale w kategoriach rzeczy, które wydarzą Ci się, gdy żyjesz i będziesz zdrowy, rywalem dla zdrady jest tylko utrata kogoś bliskiego. Może pracy, jeśli burzliwie.

W zasadzie najbardziej mnie bolało w tych kilku sytuacjach poczucie złej oceny drugiej osoby. To było najgorsze. Jak mogłem się tak pomylić? Jak mogłem tego nie widzieć? Co zrobię, żeby w przyszłości zobaczyć wszystko od razu?

(Nic, zawsze przestawałem o tym myśleć w kolejnym związku, ale szybciej kończyłem te, które inaczej przeciągałyby się bez perspektyw latami; a takie są wylęgarnią zdrady)

Myślę znów o swojej koleżance. Kiedy widzę ludzi, którzy za pomocą zdrady próbują rozwiązywać swoje problemy, mój mózg zaczyna się ścinać jak gotowane jajko. Kiedy widzę próby odbicia sobie swojego dramatu, robiąc go innemu człowiekowi, moje serce chłodzi się do lodu i zamyka okno kontaktu. Nie potrafię zrozumieć, jak można nie mieć tej empatii, szykować komuś tę samą kulę, którą właśnie się przyjęło. To nie jest nawet egoizm, to jest złośliwość i chęć pójścia na dno z innymi.

Wychowawczy aspekt jest jeszcze gorszy. Kiedy wiążesz się z osobą, która nie potrafiła rozstać się ze swoim partnerem po ludzku, kiedy nie postawisz warunku: „słonko, wchodzisz dopiero, gdy wszystko będzie czyste” – kręcisz na swoją dupę bat, którym dostaniesz dokładnie w ten sam sposób. Postawienie tej bariery nie każdemu się udaje, ale puszcza w eter czytelny komunikat: nie chcesz mieć do czynienia z osobami nieuczciwymi. Po drugie, w pewnym stopniu ograniczasz zjawisko, którym się brzydzisz. To niewielki odcinek, bo tylko Twój. Ale podobnie jest z segregacją śmieci. Od czegoś musisz zacząć.

Na pytanie koleżanki, jak kończy się danie zdradzającemu drugiej szansy, odpowiedzieć nie umiem. Nigdy nie dałem. Ale wierzę tym, którzy mówią, że to kwestia miłości.

Co zrobić, by wytrzymać rok w noworocznym postanowieniu sportowym?

20130106-125107.jpg

To proste: przenieść jego start na marzec lub kwiecień.

***

Podczas wczorajszego biegu na popularnej trasie założyliśmy się z moim przyjacielem o to, ilu miniemy po drodze ludzi. Ja powiedziałem, że dwóch, on – że trzech. Skończyło się na sześciu, niewielka różnica.

Sześciu ludzi na dziesięciu kilometrach w sobotę, w miejscu, w którym latem przestajesz pozdrawiać mijających Cię z naprzeciwka, bo musiałbyś machać ręką co piętnaście sekund.

Dwoje z tych ludzi miało sporo ponad 50 lat. Wszyscy, widzieliśmy to od razu, ten charakterystyczny, sprężysty krok osób, których tempa nie wytrzymasz nawet pięć minut, jeśli tylko zechcą włączyć czwarty bieg. Definitywnie nie amatorzy: kilometr za kilometrem, pociąg z ludzką twarzą.

I nawet dla biegaczy tego sortu listopad, grudzień i styczeń są miesiącami najcięższymi do znalezienia motywacji. Chciałbym kiedyś zobaczyć globalne statystyki aplikacji smartfonowych do mierzenia treningów, ale stawiałbym, że na dwór wychodzi zimą z 10 procent ogółu. I choć można założyć, że część amatorów przenosi się wtedy pod dachy budynków, to wszystko, co widziałem w życiu w takich miejscach w styczniu mowi mi: większość z nowych wytrwa tam do czterech tygodni.

Zresztą, jeśli jesteś choć trochę taki, jak ja, sama podróż w teoretycznie ciepłe miejsce i powrot z niego w ciemnościach sprawi, że motywacja zjedzie Ci jak mokry śnieg z lawiną. Parafrazując klasyka: jest zimno, to jest zimno – po co drążyć temat.

Nie jestem więc pewien, czy styczeń jest najlepszym miesiącem na zaczynanie czegokolwiek, jeśli nie ma się to skończyć jeszcze w lutym. Zanim to zrozumiałem, dwa razy w życiu podpisywałem długoterminowe umowy na siłowniach, których nie cierpiałem i kilka razy wychodziłem, kompletnie nieprzygotowany, na śnieg, by po kilkunastu minutach wracać z podkulonym ogonem do domu, dysząc i przełykając ślinę o smaku krwi, z uszami przemarźniętymi tak, jakby miały mi za moment odpaść.

Nawet teraz, a przeżyłem już momenty, w których biegałem przy -10, mogę otwarcie powiedziec, że raczej tego nie lubię. To nie jest miłe na starcie, kropka.

Oczywiście, po pewnym czasie, kiedy 5-10 kilometrow nie jest już problemem, przetrwanie tego początku jest łatwiejsze i każdy jest tego świadomy. Niestety, do tego momentu większość zaczynających zimą w ogóle nie dojdzie, bo zniechęci ich obecny zawsze na początku ból i ciężkie warunki.

Jesienno-zimową depresję zostawiam tu w ogóle na boku. Nawet nie chcę zaczynać tematu jej wpływu na uprawianie czegokolwiek prócz brzucha.

Pisałem rok temu: postanowień noworocznych nie powinno się robić w ogóle. Mija pierwszy tydzień 2013. Jest jeszcze czas na to, by ocalić swoją dumę i poczucie godności.

Poczekaj, zmień postanowienie na takie, że nie będziesz wciągał dwóch kebabów o 3 w nocy po melanżu i wróć do tej myśli w marcu. Przygotuj się inaczej, od środka. Może nie zdążysz z kratką na lipiec, ale zdążysz na grudzień, kiedy powiesz sobie: „No, teraz już nie muszę sobie obiecywać niczego. To, co kiedyś bym chciał zacząć, robię już od wielu miesięcy”.

Czego Wam szczerze życzę.

Za granicą

Pamiętam, że gdy pierwszy raz wróciłem jako dziecko z zagranicznych wakacji, nie potrafiłem o nich przestać marzyć. Dość powiedzieć, że przywiezioną Fantę piłem całe popołudnie, dobre 2-3 godziny, nawet nie po łyku, ale po kropli. Zachwycony smakiem, pamiętający dostępność na półkach, przyzwyczajony.

Jeśli dodam, że zdecydowałem się ją otworzyć dopiero kilkanaście dni po kupnie, uwierzycie mi chyba: było ciężko przestawić się na życie, w którym nie miałem jej już codziennie. Po kilku miesiącach zacząłem zapominać i choć było to mniej wygodne, rozpuszczanie Vibovitu rodzice przedstawiali mi za mądrzejszy wybór – jeśli, oczywiście, przetrwał próbę poślinionych palców*.

Czuję coś bardzo podobnego. 

Kiedy przyzwyczaiłem się przez lata, że problemu pozbywam się wraz z numerem telefonu, przychodzi do mnie moment, w którym od nowa uczę się rozmawiać. Na początku tego, żeby rozmawiać w ogóle chcieć. To ten Vibovit za Fantę. Potem przychodzi próba palca.

Im mniej pamiętam siebie zza starej granicy, tym częściej rozpuszczam proszek w wodzie i choć mniej atrakcyjne – a na pewno wymagające więcej pracy i cierpliwości – to rozwiązanie podoba mi się coraz bardziej.

Na wielu etapach czuję się jednak, jakbym znów nie potrafił zagotować wody.

*co nie udawało się mu prawie nigdy.

Ała ała pl

Zobaczyłem przed chwilą tę reklamę:

i jestem zażenowany, że w 2012 roku można w Polsce (kraju, w którym przemoc domowa jest wciąż problemem) zobaczyć reklamę, na której kobieta dostaje od mężczyzny pięścią w twarz i wydaje się tym… zachwycona.

W najlepszym wypadku nieprzemyślane. Rozumiałbym, jakby to była śnieżka, piłka, cokolwiek. Damska ręka – ok, przy damskiej ręce miałbym mniej obiekcji. Ale facet?

Ała.

„Licytowałbym”

Czy można być przeciwko aukcjom charytatywnym? Jak najbardziej. Szczególnie, kiedy przedmiotem aukcji są kobiety i mężczyźni, a za pieniądze można kupić z nimi kolację w publicznej licytacji.

Więc jestem przeciw.

Mam z tą inicjatywą kilka problemów.

Problem pierwszy – uważam, że u wiele uczestniczek tej akcji może ucierpieć. Przyjrzyjmy się pierwszej lepszej, która, gdy to piszę, jest u szczytu popularności i kilku kandydatów gra ostro, windując cenę do 450 złotych. Niezła to cena, widać, że podanie swoich prawdziwych danych wzmaga współzawodnictwo. Trzymam kciuki za aktualnych chłopaków tych kobiet – mam nadzieję, że wytrzymają narzucone przez biznesmenów tempo.

Ale – miałem mówić o problemie. Chciałbym spytać, bo mnie to interesuje: jak poczuje się ta, która to wszystko… przegra? Co pomyśli sobie młoda dziewczyna, której cena osiągnie poziom 5-10 razy niższy, niż inna? Jakie zdanie będzie mieć o sobie kobieta, której kolacja wyłoni się nie z nawałnicy stuzłotówek, ale biedniej, piątak za piątakiem, groszami, wpłacanymi raz na dwa dni?

Że jest gorsza, bo ktoś nie chciał za nią zapłacić. Nigdy w życiu bym nie chciał nawet stać obok takiego wniosku.

Problem drugi – nie wiem, czy każda osoba, która wystawiła się na tę aukcję zdaje sobie sprawę z ryzyka, w jakie się pakuje. Pierwsza z brzegu dziewczyna pisze:

Po kolacji… na kolacji na pewno się nie skończy :)

Droga Maju – obawiam się, że może być taki moment, kiedy Ty będziesz chciała skończyć, ale Twój dobroczyńca nie do końca. Widzę tu możliwość, w której będzie uważał, że jeśli zapłacił za wieczór, to zapłacił Ciebie, a obiektem konsumpcji jest nie tylko szampan i homar.

Ja wiem, uczestniczki stosują oczywiście zabieg stylistyczny. „Deser! Miałam na myśli deser”! – krzyknie dziewczyna, na widok napalonego absztyfikanta machającego kluczykami do mieszkania.

Wtedy może być za późno.

Problem trzeci: to źle wygląda. Mimo, że krótkie spódniczki, czerwone sukienki i wysokie obcasy wyglądają całkiem nieźle. Po prostu. Daleko od stręczycielstwa, ale i tak źle. Może to jest gdzieś przyjęte, może to się stosuje. Nie wiem. Kręcę głową, nie podoba mi się, instynktownie czuję, że wiele z tych osób zyska opinię łatwych, dostępnych za pieniądze. To nie jest opinia fanja.

Miałem kiedyś dziewczynę, która była wolontariuszką. Spytałem ją, co by było, gdybym, podrywając ją, powiedział, że wpłacę na jej zbiórkę dużo pieniędzy. Powiedziała, że uznałaby mnie za buraka.

 

Ta rada jest darmowa

W związku z tym, że każdego dnia jedna piąta wszystkich wejść z Google’a na tę stronę dotyczy podrywu na Facebooku – i nie mogę tego już dłużej ignorować – chciałem dać obgryzającym ze stresu paznokcie podrywaczom najważniejszą radę, o której nigdy wcześniej nie pomyślałem.

Drogi graczu,

Kojarzysz ten moment, kiedy Twój rozmówca pisze coś, więc widzisz o tym informację („X pisze…„), ale potem informacja znika, bo rozmówca skasował to, co chciał napisać? Kojarzysz tę myśl, która mówi Ci wtedy, że rozmówca jest niezdecydowany i nie wie, co powiedzieć?

No właśnie. Więc niech o Tobie nikt takich myśli nie ma.

Twój trener

fot. Tom Kaszuba

P.S. Wolniej myślącym zawsze pozostaje przeklejanie tekstów z Worda.

Prawo czwórki. (No, piątki)

Uwielbiam to i mam ubaw zawsze, kiedy się dzieje – a przeżyłem tę sytuację kilkadziesiąt razy w życiu i nigdy nie było istotne, w jakim wieku byli jej uczestnicy, jak dobrze zarabiali i jak dobrymi byli przyjaciółmi.

„Kładę z napiwkiem”.

„Ja też, za siebie i Krzyśka”.

„Ja też, plus dziesięć procent”.

(…)

A więc – dorzucam się i ja! Kładę na kupce banknotów swoją działkę do rachunku, po czym liczę – lub liczy kolega – i nigdy, ale to nigdy, nie wychodzi tyle, ile powinno.

Przynajmniej takie mam wrażenie, siedząc tam, za każdym razem, gdy w restauracji wszyscy „dali z napiwkiem” i znów brakuje tych 10-20 procent.

Jak napisałem: znam to na pamięć i wiem, że Wy także. I to spojrzenie, ta konsternacja, zawsze taka sama, bo wie, że nie dojdzie prawdy. „Kurwa, panowie, kto nie dał”?!

„Ja dałem”.

„Ja dawałem pierwszy, kładłem, o, tutaj”.

„Ja z napiwkiem, widzieliście”!

Nie wierzę w magię, ale przez te lata zrozumiałem, że to po prostu nieśmiertelne, niewytłumaczalne Prawo Czwórki (No, Piątki), którego nie należy sprawdzać. Prawdy i tak nigdy się nie dowiesz.

Tylko nie dopłacaj za często za innych.

fot. Doctor Beef